Nie zacznę od tego, że byłam ofiarą przemocy fizycznej, psychicznej czy miałam męża narkomana lub alkoholika. Bo nie miałam.
Dziś chcę się z Tobą podzielić najważniejszą lekcją w moim życiu. I jest całkiem duże prawdopodobieństwo, że dotyczy ona również Ciebie, więc przeczytaj do końca.
Zawsze byłam ambitna i dość zdeterminowana w osiąganiu celów. Gdy studia, pracę i fajnego partnera miałam już „odhaczone”, przyszło marzenie o macierzyństwie.
I tu pojawiły się pierwsze trudności. Diagnoza niepłodności, tułaczki po klinikach, badania, procedury, zabiegi. Ogrom stresu, presji i kontroli. W drodze do macierzyństwa doświadczyłam 11 dotkliwych strat.
Niepłodność uświadomiła mi, że za bycie perfekcjonistką nie dostanę nagrody w postaci dziecka i że nie wszystko zależy ode mnie, choć zawsze byłam kontrolerką. Pokazała mi coś jeszcze. NIE LUBIŁAM SIEBIE. Traktowałam swoje ciało instrumentalnie jako projekt do naprawy. Złościłam na nie, że zawodzi. Wymagałam od samej siebie, żeby po kolejnej stracie wrócić do pracy z uśmiechem, przyklejonym do twarzy i być silną.
Ciało krzyczało: zatrzymaj się. Głowa mówiła: Pragniesz być mamą, to zaciśnij zęby i walcz. Tylko że ta walka miała koszty. Głównie emocjonalne. I wtedy powiedziałam sobie, że albo zwariuję albo coś zmienię. Wybrałam to drugie. To był początek przełomu.
Z kobiety, która ciągle się siebie czepiała, powoli stawałam się kimś bardziej życzliwym wobec siebie i tego, co doświadczyłam Po drodze zostałam mamą dwójki dzieci. To największy dar mojego życia. Ale pamięć o moich jedenastu utraconych dzieciach pozostanie ze mną na zawsze. Jedno nie wymazuje drugiego.
Profesor Osiatyński mawiał: „Wstań rano, zrób przedziałek i odp… się od siebie”.
To powiedzenie stało się moim motto.
Dzisiaj, gdy jestem zmęczona, odpoczywam. Gdy jestem głodna, jem. Gdy zauważam, że znowu zaczynam sobie dowalać, zatrzymuję się. Rozmawiam ze swoim wewnętrznym krytykiem i mówię mu:
„Znam Cię dobrze, przygrywasz mi tę samą melodię od wielu lat. Za mało, za dużo, za wolno, niewystarczająco…Ale wiesz co? Nie muszę Cię dziś słuchać. Chowam kij bejsbolowy i wybieram czułość wobec siebie”.
Odpieprzanie się od siebie to wybór. Świadoma decyzja, którą możemy podjąć każdego dnia.
Uczulam na jedno. W Internecie nie brakuje frazesów i obiecanek cacanek w stylu: rozwój osobisty sprawi, że Twoje życie całkowicie się zmieni, a problemy znikną.
Nie chodzi o to, żeby krytyczne myśli całkowicie zniknęły. W ogóle nie chodzi o to, aby trudności zniknęły. Chodzi o to, żeby wiedzieć, jak przez nie przejść, nie przekraczając siebie.
Mam takie marzenie, żeby samokrytycyzm, nadmiernie wysokie oczekiwania wobec samej siebie i przyp***anie się do siebie zniknęły na dobre.
Marzy mi się, żeby umiejętność stawiania zdrowych granic i poczucie sprawczości były standardem wśród kobiet.
Mam nadzieję, że moda na „naprawianie się” jak najszybciej minie.
Dla mnie prawdziwą kobiecą siłą jest nasza miękkość i czułość. To właśnie dzięki łagodności wobec siebie możemy iść własną drogą, nie spalając się po drodze.
I nie. Łagodność wobec siebie to NIE jest przegrana, porażka, słabość, bezradność. Wręcz przeciwnie. To właśnie tam kryje się wielka sprawczość. Tylko z innego miejsca. Nie z lęku, nadmiernego wysiłku. Tylko z miejsca czułości, zaufania do siebie i mądrości ciała.
Dzisiaj otwarcie mogę przyznać, że nie jestem ani idealną mamą, ani partnerką czy pracownikiem. Mieszkanie nie musi być wysprzątane na błysk, dzieci wychuchane, w pracy zero zaległości, żebym dopiero poczuła się wartościowa. Już nie.
Dzisiaj myślę, że bycie SuperWoman nie polega na tym, żeby wszystko udźwignąć. Polega na tym, żeby nawet w najtrudniejszych momentach życia nie przestać być po swojej stronie.
I bardzo polecam Ci ten stan. Kiedy przestajesz prowadzić ze sobą nieustanną wojnę i okazuje się, że świat wcale się nie zawali.
Małgorzata Mikołajczyk
psycholog, psychotraumatolog, mama Mai i Michałka





Duża ulga po przeczytaniu historii Gosi. Najbardziej spodobało mi się zdanie, że naszą prawdziwą kobiecą siłą jest czułość i miękkość.