To był zwyczajny listopadowy dzień 2002 roku. Miałam piętnaście lat. Jadłam przygotowaną przez mamę jajecznicę na cebuli z odrobiną boczku – trzy wiejskie jajka i kromki zdrowego chleba. Mama robiła ją znakomicie. Razem z siostrą jadłyśmy niespiesznie, ciesząc się jej smakiem.
Po chwili mama zadzwoniła do szpitala, żeby zapytać o stan zdrowia mojego ojca. Właśnie tego poranka dowiedziałam się, że nie żyje.
Siedziałam osłupiała, lecz po chwili wróciłam do jedzenia. Było mi głupio, że jajecznica nadal tak bardzo mi smakuje. Jeszcze większy wstyd czułam z powodu ulgi.
Pomyślałam wtedy, że od tej chwili będzie już tylko lepiej. Nikt nie będzie na mnie krzyczał, bił mnie ani poniżał. Może zrealizuję swoje marzenie o pisaniu. Nie będę musiała okazywać czci osobie, która w moich oczach zupełnie na nią nie zasługiwała, chociaż na zewnątrz tworzyła obraz idealnej rodziny.
„Głowa rodziny” była prawnikiem, lecz w naszym domu panowało całkowite bezprawie. Piszę w cudzysłowie również dlatego, że uważam tę frazę za krzywdzący stereotyp.
Przede wszystkim wierzyłam, że teraz ktoś wreszcie mnie zauważy.
Z upływem lat przekonałam się, że moje nadzieje były płonne. Rany wyniesione z toksycznego domu goją się bardzo długo. Niektóre być może nigdy nie znikają całkowicie.
Jeżeli w chorej rodzinie komuś od początku przypisano określoną rolę, pojedyncza osoba nie jest w stanie samodzielnie zmienić całego systemu. Mnie nieustannie wmawiano, że coś mi się wydaje, przesadzam albo źle pamiętam. Przecież miałam „tak dobrze”: jedzenie, dach nad głową i czyste ubrania. Dzieci sąsiadów nieraz nie miały śniadania i chodziły brudne, więc uznawano (i ja sama tak myślałam), że nie mam prawa cierpieć.
Z czasem zaczęłam wątpić we własne odczucia, wspomnienia i ocenę rzeczywistości. W końcu do moich drzwi zapukała ciężka depresja.
Dziś wiem, że osoba żyjąca w toksycznym systemie nie zawsze może go naprawić. Może jednak próbować się od niego oddzielić i zbudować swoje życie poza nim. Wiem również, że nie każdą krzywdę trzeba wybaczyć. Czasem ważniejsze od wybaczenia jest zadbanie o własne bezpieczeństwo, zdrowie i dobro.
To, o czym piszę, jest jedynie niewielką częścią mojej historii. Ostatecznie zostałam wykluczona z „rodziny”. Nie chcę jednak opisywać drastycznych wydarzeń. Nie one są najważniejsze w opowieści o tym, kim jestem dzisiaj.
Od zawsze marzyłam o pisaniu i pomaganiu innym. Po wielu latach terapii zdobyłam się na odwagę i w 2017 roku założyłam portal poświęcony relacjom, psychologii, kulturze, edukacji, zdrowiu i codziennemu życiu kobiet. Publikuję artykuły, felietony i reportaże pisane prosto z serca. Chcę wzmacniać kobiecą sprawczość, wspierać kobiety w odbudowywaniu poczucia własnej wartości i pewności siebie oraz pokazywać im, że ich głos i doświadczenia mają znaczenie.
Na swojej drodze zaczęłam spotykać osoby, które mnie wspierały i wierzyły we mnie tak, jak wcześniej nie wierzył nikt. Mam również męża i przyjaciółki, które mi kibicują, a ja im dmucham w skrzydła. Postanowiłam przekazywać dalej choć część otrzymanego dobra.
Portal tworzę z feministycznej, kobiecej perspektywy, dla osób, które chcą żyć świadomie i w zgodzie ze sobą. Stał się przestrzenią mojego głosu, ale również punktu widzenia czytelniczek i czytelników. Rozwija się po to, aby inne kobiety mogły odnajdywać w publikowanych historiach także cząstkę siebie.
Obecnie piszę swoją pierwszą książkę i działam społecznie na rzecz kobiet. Jestem w trakcie studiów podyplomowych z logopedii – chcę pracować z głosem i uświadamiać ludzi, jak wielkie bogactwo mają w ręku!
Przez wiele lat uczono mnie, że moje uczucia, wspomnienia i słowa nie zasługują na zaufanie. Dzisiaj właśnie ze słów buduję przestrzeń, w której inne kobiety mogą poczuć się zauważone i usłyszane.
Czuję się SuperWOMAN dlatego, że po latach odzyskałam własny głos.




