Mam 52 lata. Jestem Ukrainką, choć moja historia ma także polskie korzenie. Moi dziadkowie pochodzili z Polski. Uwielbiałam słuchać ich opowieści o życiu i ludziach. Później odeszli. Zmarła również moja mama, kiedy miałam zaledwie 24 lata.
Byłam mężatką, miałam dwoje dzieci i prowadziłam zwyczajne życie. Nie było ono jednak szczęśliwe. Przez lata doświadczałam zranienia, zdrady i trudnych relacji. Przeszłam wiele operacji, często chorowałam, aż w pewnym momencie znalazłam się w głębokiej depresji. Przez prawie trzy miesiące nie spałam i nie jadłam. Ciało odmówiło mi posłuszeństwa. Lekarze dawali mi zaledwie 10 procent szans na wyjście z tego stanu.
Dzieci były już dorosłe. Miały własne życie, a ja zostałam sama ze swoim bólem. Pojawiły się myśli samobójcze. W najtrudniejszym momencie zobaczyłam kobietę, którą kiedyś byłam: wykształconą, wesołą i pełną energii, mistrzynię lekkiej atletyki. Pomyślałam: „To naprawdę mam być ja? Nie poddam się”.
Miałam licencjat z psychologii i postanowiłam zawalczyć o siebie. Znalazłam psychologa, rozpoczęłam terapię, leczenie, wróciłam do sportu. Powoli odzyskiwałam życie i zrozumiałam, że muszę znaleźć w sobie siłę, by uratować siebie.
Otworzyłam przestrzeń dla kobiet „Pretty Women”, gdzie prowadziłam pilates, dance aerobik i treningi psychologiczne. Zaczęłam wspierać kobiety w dbaniu o ciało i wewnętrzną siłę. Otworzyłam kwiaciarnię, ponieważ od 15 lat związana byłam z tą branżą. Zdecydowałam się na rozwód, bo zrozumiałam, że żyję w toksycznym związku i tracę siebie.
Zaczęło się układać. Wtedy przyszła wojna.
Z powodu wojny w Ukrainie musiałam zostawić wszystko. Razem z córką i wnukiem przyjechałam do Polski, do Mrągowa — miejsca, które od 26 lat również było naszym domem. Przyjeżdżaliśmy tu na wakacje, mieliśmy znajomych, rodzinę. Jeziora i lasy zawsze były naszym żywiołem.
Zrobiłam to, co umiałam najlepiej — zaczęłam pomagać kobietom. Założyłam Fundację, jeździłam po całym województwie warmińsko-mazurskim, prowadząc konsultacje psychologiczne, treningi wsparcia i zajęcia z pracy z ciałem. Od 2025 roku jestem członkinią Warmińsko-Mazurskiej Rady Kobiet.
Ale pomagając innym, sama ponownie zaczęłam się gubić. Przeżywałam trudne związki, zranienia, zdrady i straty finansowe. Wieczorami czasem sięgałam po kieliszek wina, próbując uciszyć zmęczenie. Pewnego dnia przez dwa tygodnie patrzyłam w sufit. Potem wstałam.
Powiedziałam sobie: „Wygrzebię się ponad wszystko”.
Napisałam trening „Powrót do siebie”, nawiązałam współpracę z organizacjami prowadzącymi kobiece kręgi, wróciłam do konsultacji psychologicznych i odbudowałam swoją obecność w mediach. Stworzyłam również 21-dniowy maraton „Powrót do siebie 21″, w którym kobiety z różnych miejsc na świecie wspierały się każdego dnia. Biegałyśmy, ćwiczyłyśmy pilates, przygotowywałyśmy posiłki, spotykałyśmy się online i uczyłyśmy się wracać do siebie.
A potem wydarzyło się coś, czego się nie spodziewałam — spotkałam miłość.
Chcę powiedzieć kobietom jedną ważną rzecz: czasami miłość pojawia się wtedy, kiedy przestajemy jej szukać. Możemy mieć inne plany, możemy nie być gotowe, możemy myśleć, że najpierw musimy poukładać całe życie. A jednak to, co ma być, czasami przychodzi samo.
Mój partner nie uratował mnie. Ja już wcześniej nauczyłam się ratować siebie. Miłość nie zatrzymała mojej działalności. Nadal pracuję z kobietami, prowadzę treningi, konsultacje i tworzę nowe projekty. Dziś jestem kobietą spełnioną i szczęśliwą, a to daje mi jeszcze więcej energii do działania.
Kiedy patrzę wstecz, widzę kobietę, która wiele razy upadała. Straciłam bliskich, zdrowie, związki, pieniądze, dom i poczucie bezpieczeństwa. Przeżyłam depresję i wojnę. Ale nie straciłam najważniejszego — siebie.
Dlatego dziś, kiedy kobieta mówi mi: „Nie dam rady”, odpowiadam: „Ja też kiedyś tak myślałam. Ale wstałam”.
Bo czasami życie nie daje nam drugiej szansy. Czasami to my musimy ją sobie stworzyć.




