fbpx

Autorka historii:

Katarzyna

Wygrać z demonami

Zaloguj się, aby oddać głos na tę historię

Zaparkowałam samochód – w tym miejscu i o tej godzinie, to samochodowe mission impossible, a jednak… Wyłączam silnik i czekam aż światła zgasną. Moja wewnętrzna przyjaciółka właśnie kończy tańczyć taniec samouwielbienia, śpiewając mi przy tym do ucha „no kto jak nie tyyyy się tu wciśnie”. Przybijamy sobie mentalną piątunie. Lubię czasami posiedzieć w ciszy w samochodzie. Posiedzieć, pomyśleć, przemyśleć. Zrobić krótki rachunek sumienia z danego dnia. To moje miejsce, sanktuarium duszy. Wielokrotnie przestrzeń, która była wypełniona gorzkimi łzami, soczystymi słowami czy niemym krzykiem. Światło palącej się latarni otula mnie przyjemnym półmrokiem. Przed maską samochodu tańczą w powietrzu kruche płatki śniegu. Zaraz rozbiją się o zimną szybę, zniknął, nigdy więcej nie zatańczą. Skierowałam wzrok na palący się wyświetlacz komputera.

A gdyby tak opisać to co mi w duszy hulało? Jak bardzo mną targało i rozrywało? Wielu ludzi jako terapie stosuje opisywanie swoich przeżyć, czy to relacjonując dzień w sekretnym pamiętniczku, czy pisząc list do samego siebie z zapewnieniem „widzisz dałeś/aś radę”. Pytanie czy ja chcę znów przejść się korytarzami pamięci i stanąć przed drzwiami, które zostały zamknięte. W tych ciemnych zakamarkach czają się demony. Wielkie czarne bestie z długimi pazurami i wielkimi zębami. Zło, które żerowało na mnie, otaczało mnie, żyło mną. Właśnie żyło… moje demony nigdy nie zniknął, zawsze będą częścią mnie, tą boląco-palącą częścią. Musiałam je pokonać, stawić im czoła, oswoić i nauczyć się z nimi żyć. Moje demony nie mają już nade mną kontroli, natomiast dalej są. Paradoksalnie dzięki nim stałam się silniejsza, zaczęłam kształtować się na nowo. Czy mogę zatem powiedzieć, że mój oprawca stał się moim przyjacielem? Przyjaciółmi nigdy nie będziemy. Staliśmy się kompanami wspólnej podróżny, która nazywa się ścieżką życiową. Czy jestem gotowa zabrać Cię w podróż w głąb siebie? Otworzyć przed Tobą zamknięte drzwi? Spojrzeć znów na te pazury i zęby? TAK! JESTEM! Chwyć mnie mocno za dłoń. Zapraszam…

Ludzie w moim wieku zazwyczaj mają już rodziny, dobrze działające interesy, są ustabilizowani materialnie, ich kariery nabierają rozpędu, a wiatry zawsze im sprzyjają. Cóż też taka byłam. Jak to się mówi „rokowałam”. Byłam silna, ukierunkowana na cel, miałam bliższy i dalszy plan natarcia. Wiedziałam czego chce. Wszystko było zaplanowane, usystematyzowane, przewidywalne, do czasu… Moje „dorosłe” życie zapowiadało się na prawie idealne. Młoda, atrakcyjna kobieta, która brała to co chce. Mogła mieć wszystko i każdego. Czy przemawia przeze mnie pycha i samouwielbienie? Nie, taka byłam. Nie wchodziłam w życie pukając do drzwi, otwierałam je taranem. Z perspektywy czasu muszę przyznać, że się nie lubiłam. Siebie i innych. Może dlatego trafiłam na niego. No właśnie pojawia się i on. Osoba, która przeniosła mnie w inny świat, ale nie taki bajkowy z wróżkami i jednorożcami, a pełen cieni, cierni i czerni.

W najgorszych snach nie przypuszczałam, że ja silna i niezależna Wander Woman dam sobie zrobić taką krzywdę. Pozwolę zniszczyć w sobie kobietę i człowieka, że stanę się bohaterką słabego, odrealnionego serialu. Będę niczym te wszystkie kobiety, które widywałam w kancelarii z podbitym okiem w czarnych okularach, bojące się dźwięku własnego oddechu – no przecież mnie to nie mogło dotknąć.

Poznaliśmy się na początku moich studiów. Ot nic ciekawego. Nie zwróciłam na niego uwagi. On bez studiów, pracował jako opiekun medyczny, ja dobra studentka prawa, zwyciężczyni konkursu na płatny staż z UE, tańcząca w międzynarodowym zespole, będąca wolontariuszem w fundacji dla dzieci. Nooo, cód-miód-malina- dziewczyna. To co on tam do mnie, prawda?

Minęło kilka wiosen. Byłam po rozstaniu z osobą zaburzoną- syndrom Piotrusia Pana, jak i po stracie osoby, którą szczerze i namiętnie kochałam całą sobą. Po stracie miłości mojego życia. Wtedy mi się tak wydawało. Było to piękne, czyste uczucie. Pierwsza miłość, która nie miała szans zostać zatruta jadem dnia codziennego. Po tej stracie czułam się pusta w środku. Udawałam, że żyje. Robiłam to co musiałam. Straciłam radość ze studiów, tańca. Ludzie wokół mnie przestali mnie interesować i wtedy znowu pojawił się on. Był zupełnie inny niż ja. On żył i czerpał z tego życia pełnymi garściami. Człowiek spontan. Co na horyzoncie pojawiało się słońce zwiastując nowy dzień, tak on zaskakiwał mnie co róż nowymi pomysłami. A ja? Ja się urodziłam z kalendarzem w ręku. Byłam przewidywalna i zaplanowana. Jak to mówił – jesteś wysoka, bo masz taki długi kołek w dupie. Dwie skrajnie różne osobowości. W tamtym czasie można mnie było porównać do huby. Przylgnęłam do niego ponieważ potrzebowałam tej niekończącej się energii życiowej. Chciałam choć trochę ogrzać się w promieniach życia. Samolubne? Być może. Zaczęliśmy się spotykać, spędzać razem czas. Mieszkaliśmy w różnych województwach- to był związek na odległość. Spotkania były utrudnione, ponieważ zaczął pracować jako policjant w wydziale prewencji. Więc człowiek czekał na możliwość spojrzenia sobie w oczy, bez usychania z tęsknoty.

Nie było tu porywów namiętności, godzin spędzonych na rozmowach czy pisaniu. Każde z nas nawet już mieszkając razem żyło osobno. Patrząc na to z perspektywy czasu nie było w tym miłości. On stanowił dla mnie wypełnienie pustki, a ja dla niego trofeum. Wielokrotnie chwalił się kolegą, że wziął za mordę Panią prawnik, niezłą dupę. Ta historia od początku była skazana na ucięcie głowy na gilotynie. Czas mijał, to on postawił ultimatum – albo się przenoszę do niego albo koniec. Nie chciał opuszczać rodzinnego miasta, bo jak to kiedyś powiedział ja mogłam znaleźć pracę wszędzie, a tylko tu on był kimś. Przeniosłam się, zostawiłam znajomych, pracę, fundację, ograniczyłam kontakt z rodzicami, którzy mu nie pasowali. Pozwoliłam się zniewolić i wmówić sobie, że jestem nic nie warta. On zmienił wydział na przestępczość gospodarczą, pomogła mu w tym matka, która w całej rodzinnie pociągała za sznureczki przymocowane do męża i synów. Nigdy nie byłam w stanie dojść z nią do porozumienia.

Byłam nauczona przez rodziców ciężkiej pracy, wypełniała mnie żądza wiedzy i rozwoju. Chciałam się rozwijać i aby on się rozwijał. Nie chciałam być jak dziewczyna jego brata. Otoczona względami teściowej, ba uwielbiana przez nią, a traktowana jak narzędzie do sprzątania w domu, robot kuchenny, głupiutka służka, której co chwila przypominało się jak wielkie szczęście ją spotkało, że trafiła do tej wykształconej rodziny, bo przecież ona dostąpiła tego zaszczytu i została przygarnięta z patologicznej rodziny, gdzie ojciec pił a matka była sprzątaczką. Starałam się i chciałam być zaakceptowana. Myślałam, że pomoc w domu czy opieka nad chorą babcia zbliżą mnie do matrony domu i pozwolą poprawić nasze relacje. Chciałam nawet w pewnym momencie, aby była ze mnie dumna. Dlatego tak chętnie pobiegłam się pochwalić dostaniem się na aplikację. Aby polepszyć nasz budżet domowy zaczęłam udzielać korepetycji z języka angielskiego i łapać dodatkowe zlecenia w kancelariach. Czy zostało to kiedykolwiek pochwalone- nie, nie zostało.

Jak to było mówione „muszą mi utrzeć mój prawniczy nos, bo oram nim po suficie”.  Czułam się samotna, pozostawiona samej sobie. Przestałam rozmawiać ze znajomymi, bo on się denerwował, że trzymam kontakt z ludźmi, którzy chcą nas rozdzielić. Stagnacja tak wyglądało moje życie. Brak znajomych wyłącznie jego. Brak odwiedzin w rodzinnym domu, jedyna rodzina akceptowalna to była jego rodzina. Chęć wydania pieniędzy na kurs… Po co przecież nas nie stać…Zaczęłam się zastanawiać, gdzie podziewają się pieniądze. Przecież miał całkiem dobrą pensję, ba, ja zarabiałam równie dobrze. Abym nie czuła się samotna (przestało sprawiać mi przyjemność wychodzenie do jego znajomych, gdzie głównym punktem imprezy zawsze był alkohol i gra w pokera) kupił mi psa. Nie byle jakiego, a berneńskiego psa pasterskiego. Idealny prezent dla ludzi mieszkających na 2 pokojach w bloku na trzecim piętrze bez windy. Cóż przynajmniej miałam z kim pogadać.

Zaręczyliśmy się. Były to piękne zaręczyny. Sylwester na zamku…jak z bajki, a może właśnie taka miała być ta bajka o królewnie zamkniętej w wierzy swoich strachów i bólu? Był zaradny, to trzeba mu przyznać pieniądze na pierścionek zaręczynowy wygrał w zakładach bukmacherskich. Pierwszy raz poczułam palące uczucie wstydu na równi z piekąca skórą twarzy od uderzenia na jednej z imprez u jego znajomych. Oczywiście idąc starym zwyczajem wódka lała się strumieniami w gardła obecnych biesiadników. Wyszłam o czym poinformowałam wtedy już narzeczonego, że idę spać. Wzięłam na smycz psa i zniknęłam w zaroślach. Ze snu wyrwało mnie walenie do drzwi. Mój Książe nie był w stanie przekręcić klamki w kształcie kuli. Otworzyłam przed nim drzwi wtoczył się zawiany do środka. Pies podniósł się z ziemi i wydał z siebie warknięcie. Chwyciłam swojego kudłacza za obroże i pociągnęłam do siebie informując ukochanego, aby się kładł do łóżka bo denerwuje psa. W tym samym momencie poczułam silne uderzenie w twarz i usłyszałam – nie będziesz mi mówić co mam robić kurwo. Do tej pory nie wiem czym byłam bardziej ogłuszona, siłą jaką włożył w wyprowadzenie ciosu, czy szokiem, że w ogóle to zrobił. Dopiero później przekonałam się, że prawdziwe oznaki miłości dopiero poznam.

Siedziałam niecierpliwie u lekarza stukając obcasem w posadzkę. Lekarka spojrzała na mnie znad okularów. – Jest Pani zdrowa, wyniki badań są poprawne. Morfologia, tarczyca, glukoza, insulina, cały pakiet tarczycowy, zrobiła też Pani hormony. Nic Pani nie dolega.

Jak mi nie dolegało, jak dolegało! Sytuacja w domu już dawno się uspokoiła. Po tamtym drobnym incydencie nastały ciche dni, ale przepraszał i błagał o wybaczenie. Tłumaczył, że stanął w obronie psa, bo myślał, że go dusze… Od tamtej pory wpadł na pomysł, że chciałby wrócić do bycia dj na imprezach. Głęboko rozumiałam chęć rozwoju, przecież sama też tak kiedyś robiłam. Wsparłam go finansowo. Kupiłam konsole, dałam na ulotki i zakupiłam pierwsze światła. Czułam się wtedy przydatna i potrzebna. Miłe uczucie, takie przyjemnie łaskoczące. Wszystko byłoby dobrze, gdyby nie fakt, że zaczęłam śmierdzieć. Tak, tak…śmierdziałam. Pierwszy raz zasugerowała mi to teściowa. Nie czułam „ zgniłej ryby”, „kociej kuwety”. Później zaczął mi to wypominać on. Zaczęłam się wąchać, myć niczym ofiara gwałtu, po każdym praniu czyściłam pralkę, zmieniłam proszek i płyny do prania. Nie czułam tego nieprzyjemnego zapachu. Nie czuła go też moja koleżanka z pracy, która ze mną siedziała w gabinecie…

Ale moje ciało wydziela nieprzyjemny zapach. Lekarka spojrzała na mnie smutno. Badała Pani mocz i kał. Była Pani u ginekologa. Wszystko jest dobrze. Kto Pani mówi, że Pani nieprzyjemnie pachnie?

-Narzeczony i jego matka.

-A pomyślała Pani, że to nie jest prawdą?

Nie, wtedy nie pomyślałam…

Proszę się nie ruszać i nie oddychać. Kolejne godziny, dni poświęcone na badania… Zaczęłam źle się czuć. Nieustające zmęczenie, ospałość, ciągłe bóle głowy. Rezonans, tomograf, eeg, Doppler tętnic, badanie dna oka, holter…dieta, zmiana diety. Pogrążałam się w cierpieniu fizycznym i psychicznym. Nikt nie umiał mi wyjaśnić czemu nagle zaczęłam się źle czuć. Wyniki badań wychodziły poprawnie z medycznego punktu widzenia byłam zdrowa. Bałam się każdego następnego dnia, bólu i niezrozumienia. W oczach „bliskich” byłam hipochondryczką, którą narzeczony powinien zostawić. Byłam sama ze sobą i swoim brakiem uczucia przynależności do kogokolwiek i gdziekolwiek. Wtedy pojawiła się ona. Moja ostoja, mentorka, anioł, prawdziwa przyjaciółka. Zapoznał nas narzeczony. Kojarzyłam ją, pracowała ze mną w tej samej firmie, ale innym dziale. Zawsze była uśmiechnięta, długo poznając ją nie potrafiłam zrozumieć, dlaczego tak wielu ludzi nie lubi tego anioła. Zaczęła przychodzić do mojego gabinetu. Połączyła nas koleżeńska relacja, myślałam, że szczera. Poznałam jej dziecko, partnera, stawałam się członkiem rodziny. Otworzyłam się przed nią, musiałam się komuś wyżalić. I ona mnie rozumiała. Jako jedyna wierzyła mi w moje cierpienie. Jako jedyna postawiła diagnozę – byłam nękana przez złego ducha. Te zapachy, które wydzielałam i mnie otaczały świadczyły o obecności demona w moim domu i życiu. Ospałość i bole głowy były niczym innym jak skutkiem torpedowania mojego pola energetycznego przez złe dusze, które chciały mną zawładnąć. Ahhh chwała niebiosom, że taki anioł był przy mnie. Była częstym gościem w naszym mieszkaniu. Musiała przecież oczyszczać aurę, kazała wyrzucić mebel od teściowej, okadzała szałwią pomieszczenia, wsuwała mi sól pod łóżko lecz mimo tych wszystkich starań nie umiała pozbyć się złego bytu w domu, który wszędzie za mną podążał. Nie spałam, nie jadłam, bałam się zostać sama w mieszkaniu. Drzemałam przy zapalonym świetle z krzyżem w dłoni. Zastanawiałam się, dlaczego akurat coś takiego spotkało mnie? Wszystkie kwestie finansowe przejął narzeczony. Upoważniłam go do swojego konta. Byłam mu niebywale wdzięczna za trud i opiekę jaką wkładał w pomoc. Zaczął grać na imprezach; wesela, urodziny i kluby.

Wydawało mi się, że gdzieś dzwoni telefon. Słyszałam dzwonek i czułam wibracje. Byłam tak bardzo zmęczona. Powieki były takie ciężkie…-Słucham? –Jesteś w domu? Usłyszałam po drugiej stronie głos narzeczonego. – Nie ruszaj się z pokoju, ktoś jest w domu. Zamarłam. Na przemian czułam zimne i ciepłe fale zalewające moje sztywne ciało. Nie byłam w stanie się ruszyć. Serce biło mi jak szalone. Siedziałam na łóżku i nasłuchiwałam. To człowiek czy demon? Może w końcu przyszedł po mnie? Wszystkie zmysły były wyostrzone do granic możliwości. Do pokoju wszedł demon pod postacią mojego narzeczonego zaśmiewając się z udanego żartu. W momencie, w którym zdałam sobie sprawę, że zrobił ze mnie głupią ogarnęła mnie fala złości. Chciałam wyjść z sypialni, uciec z mieszkania, ale zebrało mu się na zapijaczone amory. Poczułam smak krwi w ustach. Co działo się później? Trzęsąc się cała bardziej ze strachu niż z zimna. Pozbierałam swoje ubrania i pobiegłam do łazienki. Przekręciłam zamek. Po co to robisz i tak otworzy nożem – pomyślałam. Zapaliłam lampkę nad lustrem. Moje odbicie nie było podobne do mnie. Kto tam był? Kim była ona? Duże, czarne oczy, z których zionęła nicość, opuchnięte od uderzenia usta, krew spływająca z nosa. To byłam ja? Wyszłam przestraszona z łazienki. Z pokoju dało się słyszeć chrapanie. Znalazłam telefon, chciałam wykręcić numer, ale kogo? Do kogo mam zadzwonić? Zadzwonić na policję? Przecież to jego kumple. Pogotowie? Przecież tam pracuje jego matka. Jedyne co przyszło mi do głowy to zrobienie zdjęcia i wysłanie sobie na pocztę. Schowałam telefon.

-Co ty robisz? Stał przede mną w stroju Adama.

-Ja..no ja nie mogę iść do pracy. Wskazałam palcem na twarz.

-To weźmiesz wolne. Matka załatwi, przecież źle się czujesz. Wzruszył ramionami.

Łzy spadały mi na zaciśnięte dłonie. Gula w gardle uporczywie nie dawała się przełknąć. Patrzyłam na zadowoloną twarz narzeczonego. Z czego on się tak cieszył? Zniszczył mi życie, niszczył mnie…

-Mam nadzieje, że to będzie chłopiec. Zdanie wyrwało mnie z transu. Tak byłam w ciąży. Nie tak wyobrażałam sobie poczęcie dziecka. Nie tak chciałam żyć i funkcjonować, nie chciałam, aby on był ojcem mojego dziecka. Ta dwulicowa gnida, która pastwiła się nade mną w zaciszu domu. Pan policjant, wielki Pan DJ biorący udział w akcjach charytatywnym, a nocami tłukący swoją kobietę. Poczułam jak kwas żołądkowy pochodzi mi do gardła, wybiegłam do toalety.

-O proszę masz mdłości! Usłyszałam za sobą.

Ciąża przebiegała pomyślnie, czułam się dobrze, dziecko- chłopiec rozwijał się prawidłowo. Według lekarza był duży i silny. Do lekarza chodziłam prywatnie dla siebie, i do szpitala,

w którym pracowała teściowa na NFZ aby mogła mieć wgląd do systemu. Tak, tak… Teściowa… Mamusia, od której usłyszałam, że naciągnęłam jej syna na dziecko, że spasłam się jak świnia, że mam spuchnięte nogi i nie przypominam już kobiety, że mam się nie dziwić, jak mąż zmieni mnie na ładniejszą i bardziej zadbaną. W ciąży uderzył mnie raz. Miałam pomysł, aby odejść. Spakowałam walizki. To było bardzo nierozważne poinformować go przez sms, że odchodzę. Znalazł mnie z kolegami z policji bardzo szybko. Wsadził do samochodu i odwiózł do domu, a tam jasno, szybko i w bardzo przystępny sposób wyjaśnił mi, że taki nikt jak ja nie może odejść. Nie mam gdzie pójść, nikt mi nie pomoże ani nie uwierzy. Więc zostałam. Szykowałam się do porodu, za swoje zaoszczędzone pieniądze kupiłam wszystko dla dziecka, postanowiłam też zacisnąć zęby i odświeżyć mieszkanie.

W końcu niedługo na świecie miał się pojawić mój syn. Więc w ósmym miesiącu wchodziłam na drabinę i drapałam ściany ze starej tapety czując się jakbym to ja była odzierania z resztek godności i człowieczeństwa.

Zawsze myślałam, że moment narodzin to niezapomniana chwila w życiu każdej kobiety.

Ja nie czułam nic. Poród był ciężki, do ostatniego momentu lekarze kazali rodzić mi naturalnie. Dosłownie rzutem na taśmę wyjęli poprzez cesarkę ze mnie dziecko. Ten moment nie był wzruszający, romantyczny. Po policzkach nie płynęły mi łzy szczęścia czy wzruszenia. Patrząc na istotę, którą urodziłam czułam pustkę i przygnębienie. Spoglądając na tą małą istotę widziałam swoją zakrwawioną twarz i uciekające marzenia. Nie takie odczucia względem dziecka powinna czuć matka. Lekarze stwierdzili u mnie baby blues, ale tylko ja wiedziałam skąd brała się ta ogromna niechęć. Oczywiście jak zawsze mogłam liczyć na Mamusie, która musiała sprawdzić zgodność grup krwi jej synka i wnuczka. Początkowe dni w domu były istną męką i tragedią. Dzień w dzień bywała u nas Pani Matka. Sprawdzała, czy karmię piersią- bo jeśli dzieciak będzie chory, to będzie tylko moja wina, bo mam słabe mleko. Dziwnym trafem w wieku dwóch tygodni wylądowałam z dzieckiem w Szpitalu w Bydgoszczy. Rozpoznanie „zapalenie płuc niewiadomego pochodzenia” hmmm… nie chce pokazywać palcem, ale Mamusia dorabiała „u Albertów” po czym nawet się nie przebierając leciała do nas. Pobyt w szpitalu był traumą. Mimo niechęci do syna cierpiałam widząc go pod respiratorem, czułam każde ukłucie w głowę. Słyszałam płacz matek, którym umierały dzieci. Siedząc godzinami w nocy wsłuchiwałam się w nieludzkie dźwięki rozpaczy jakie wydawały z siebie te kobiety. Były jak zranione zwierzęta, zapędzone w róg. Wiedziały, że nie ma dla nich ratunku a ich krzyki były wołaniem o szybką, bezbolesną śmierć. Czasem mam wrażenie, że w nocy słyszę te krzyki, po takim czasie widzę ich twarze. Ten zastygły wyraz bólu, ten dziki wzrok. Wielokrotnie miewałam koszmary, że mnie otaczają i chcą wyrwać mi z ramion syna. Nie muszę chyba wspominać, że przez ponad miesiąc pobytu z dzieckiem na oddziale Szanowny Małżonek pojawił się raz.

Żona jest nerwowa, wszystko ją denerwuje, czuje zapachy, wydaje się jej, że ktoś jest w domu. Wszystko docierało do mnie jak przez mgłę. Siedziałam w gabinecie psychiatry z mężem. Niby najlepszy w całym mieście. Teściowa poleciła, jej przyjaciółka Danka leczy się u niego na dwubiegunowość. Po powrocie ze szpitala dni mijały, mały potrzebował rehabilitacji, a ja? A ja potrzebowałam zapaść się pod ziemię, rozpłynąć się, zniknąć. Nie miałam luster w domu, bo przecież nie ma na co patrzeć. Kiedyś byłam atrakcyjna, a teraz wstyd się ze mną pokazać. Funkcjonowałam jak robot. Mały, karmienie, sprzątanie, obiad, mały. Mąż kazał mi wynosić się spać z dzieckiem do salonu, bo on musiał wstawać do pracy.

-Przepiszę żonie leki na schizofrenie. Skoro ma omamy węchowe i żyje iluzją obecności innych osób to musi być ta choroba.

Tak, dokładnie tak moja kochana istoto, która trzymasz mnie za dłoń. Bez rozmowy ze mną, bez skierowania mnie na obserwację do szpitala, Została przypisana mi choroba i postawiona diagnoza.

Miesiące brania leków psychotropowych były miesiącami upodlenia, walki samej ze sobą, walki o siebie i swoje życie. Dopiero wtedy widziałam prawdziwe potwory. Ukazywały mi się demony w snach, nie mogłam patrzeć w lustro, gdyż moje odbicie było zniekształcone, miotałam się jak zwierzę w klatce. Mieszkaliśmy wtedy na nowym osiedlu w pięknym domu. Często wychodził z dzieckiem sam na spacery. Mówił sąsiadom, że biorę leki i źle się czuje. Był idealnym ojcem i mężem. A ja, ja siedziałam w zamknięta w łazience trzymając opakowanie leków nasennych i rozmyślając jaką ulgę i wybawienie przyniesie wieczny sen. Wielokrotnie myślałam nad śmiercią. Przecież i tak nie miałam gdzie iść, wszyscy uważali mnie za wariata. Cała rodzina się mnie wstydziła. Jakbym odeszła to odebrałby mi dziecko, oddałby syna swojej matce, bo nikt nie powierzy pod opiekę niemowlątka wariatce. Wielka Pani Mecenas- wielkie tłuste nic. Gruba świnia, wstrętny ulaniec. A taka byłam ładna, taka do przodu. Czasem wciąż patrząc w lustro słyszę te słowa. Czasem moje wewnętrzne demony wychodzą na powierzchnie, mówią do mnie.

Podczas kolejnego romantycznego wieczoru spędzanego z mężem nie wytrzymałam. Coś we mnie pękło. Nie miałam już dumy, godności, nie miałam siebie, nie byłam sobą. Nie miałam nic i byłam nikim. Uciekłam do łazienki z telefonem. Wybrałam numer alarmowy na policję. Wybuchnę łam płaczem. Uspokoiłam się dopiero gdy na dole usłyszałam obce głosy. Zbiegłam na dół w pośpiechu. Jak zawsze usłyszałam spokojny głos męża. Stał z synem na rękach przed policjantem i policjantką. Tłumaczył im, że żona bierze leki, że przechodzę załamanie po porodzie, że on jest również policjantem. Niewiele myśląc chwyciłam za golarkę i pocięłam sobie rękę. Zbiegłam na dół błagając o pomoc. Pokazałam rękę, płakałam, że mąż trzyma mnie w domu, że mnie bije i poniża. Funkcjonariusz zadzwonił po pogotowie. Ohhh kochana istoto nie wyobrażasz sobie jaka to była ulga wsiąść do ambulansu i zamknąć za sobą drzwi. Ratownik opatrzył mi rękę, podał leki, był miły i dobry na SOR zszedł do mnie psychiatra. Zabrał na oddział. Pojawiła się też tam mamusia z pretensją, dlaczego nie upoważniłam swojego męża do dokumentacji medycznej. Tam czułam się silna…tam się odrodziłam…

Mąż okazał mi łaskę- wystąpił o rozwód z mojej winny argumentując chęć zakończenia małżeństwa z alkoholiczką, lekomanką, która go zdradza. Mleko z miodem na moją duszę. Postanowiłam walczyć o siebie. Pewnego dnia spakowałam walizki, ucałowałam synka i wsiadłam z tatą do samochodu. Kazałam się zawieść na oddział dzienny psychiatryczny. Spędziłam ponad półtora miesiąca w szpitalu. Najpierw na obserwacji 3 tygodnie, gdzie wycofali mi leki, które otrzymałam od poprzedniego psychiatry. Lekarze na oddziale potwierdzili, że nie mam choroby psychicznej. Przenieśli mnie na oddział dzienny nerwic. Przeszłam załamanie nerwowe spowodowane silnym stresem. Mój powrót dla zdrowia trwał prawie dwa długie lata. W tym czasie, nauczyłam się stawiać granice, być dobra dla siebie, akceptować się, kochać mojego syna. Do tej pory walczę o siebie, bo mam siebie jedną. Moja walka o siebie to kolejne drzwi, które co chwila uchylam, bo ta walka trwa. Za nimi poczujesz zapach strachu, pośliźniesz się o łzy i znajdziesz kawałki duszy, którą złożyłam na nowo. Za nimi siedzi na ziemi kobieta zniszczona przez drugiego człowieka, kobieta widmo, pozostałość, puste opakowanie po kimś kto kiedyś żył i kochał. Kocham tą kobietę widmo i nadal ją w sobie mam. Tule ją dzień w dzień i dziele się z nią ciepłem. Chce, aby wiedziała, że jest dla mnie ważna. Dziś jestem szczęśliwą rozwódką- rozwód bez orzekania o winie. Wróciłam do pracy jako prawnik. Wolne chwile spędzam ukochując każdy dzień z moim synem i nowym partnerem, który mimo wiedzy jak bardzo poszarpana w środku jestem kocha mnie i wspiera. Wystąpiłam o ograniczenie władzy rodzicielskiej dla byłego męża czekam na termin. Wracam do pomagania innym, bo jak nikt wiem, co to znaczy napad paniki i walka o lepszy dzień. I tak, po porodzie, lekach psychotropowych, sterydach ect. Jestem duża za duża. Rozmiar xxl wchodzi mi jedynie na palce u stopy, ale wiem, że jestem na najlepszej drodze aby odzyskać siebie w każdym aspekcie!

Zaloguj się, aby oddać głos na tę historię

773 komentarze. Zostaw komentarz